Pan Bóg uratował moje małżeństwo

W tym roku będziemy obchodzili z  moim mężem 14 rocznicę naszego ślubu. Ale jeszcze parę lat temu to, czy nasze małżeństwo przetrwa, stało pod znakiem zapytania. Poznaliśmy się jeszcze w szkole średniej i długo byliśmy parą. Znajomi wokół nas przeżywali zakochania i rozstania, a my trwaliśmy razem – wielka miłość na całe życie, a przynajmniej tak nam się wydawało w wieku młodzieńczym.

Oboje pochodzimy z rodzin niewierzących, żyjących z dala od Boga i Kościoła. Zgodnie z tradycją i tylko na zasadzie tradycji zostaliśmy ochrzczeni, posłani do Pierwszej Komunii, i z cała klasą bierzmowani, i na tym się nasza religijność kończyła. Nasze rodziny nie chodziły do kościoła, nie było żadnych praktyk religijnych, pobożności, żadnej modlitwy, czytania Pisma Świętego, żadnych odniesień do wiary. Święta obchodziliśmy wg tradycji świeckiej, z całkowitym pominięciem aspektu religijnego, duchowego. Ten brak świadectwa wiary i życia w domu skutkował, mimo katechizacji szkolnej, brakiem fundamentu duchowego. W moim przypadku było tak do tego stopnia, że dopiero po moim nawróceniu okazało się że ja tak naprawdę nic o Kościele nie wiem, bardzo mało rozumiałam z wiary chrześcijańskiej, nie miałam pojęcia o wielu modlitwach, praktykach, albo miałam pojęcie powierzchowne, wypaczone, np. nie wiedziałam tak naprawdę nic o modlitwie różańcowej, w dorosłym życiu dopiero dowiedziałam się co to jest Triduum Paschalne, wcześniej nie miałam pojęcia że Święta Wielkanocne nie zaczynają się od śniadania wielkanocnego i że wcześniej w kościołach odbywa się cokolwiek innego niż tradycyjna święconka.

Mając po 25 lat, bo jesteśmy w tym samym wieku, zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Podczas wcześniejszych lat często słyszałam od swoich rodziców uwagi że ślub jest do niczego niepotrzebny, że należy się skupić najpierw na studiach, potem na pracy, na dorabianiu się, a już broń Boże nie myśleć o żadnych dzieciach. I z jednej strony czułam wewnętrzny bunt wobec tej domowej propagandy, miałam pragnienie założenia rodziny, a z drugiej byłam pod dużym wpływem postaw, idei, które były lansowane przez media, kolorowe pisma, seriale telewizyjne. Przemawiał do mnie feminizm, nastawienie na siebiena sukces w rozumieniu świata.

Mieszkaliśmy razem bez ślubu przekonani że postępujemy jak rozsądni dorośli ludzie, zupełnie nie rozumiejąc jakie spustoszenia czynił w nas każdy dzień takiego życia. Już wtedy zaczęłam czuć jakąś pustkę, jakiś niepokój, ale nie wiedziałam gdzie on miał źródło. Dziś to wiem. To była odpowiedź duszy na życie bez Boga i przeciwko naturalnym prawom przez Niego stworzonym. Jednak, gdzieś tam wewnątrz czuliśmy taką potrzebę żeby ten nasz związek przypieczętować. Rozmawialiśmy o tym, wycofywaliśmy się, znowu rozmawialiśmy, aż w końcu zdecydowaliśmy się. Był to ślub kościelny. Dlaczego? Bo taka tradycja, bo tak jest bardziej uroczyście. Przysięga też niby miała dla nas znaczenie, ale później wiele razy ją podeptaliśmy na różne sposoby, co świadczy tylko o tym że zupełnie jej nie rozumieliśmy. Ale sakrament został zawarty i tu chcę mocno coś podkreślić. Jestem całkowicie pewna, że po latach to sakrament dodał nam sił duchowych. Umacniał i był kanałem łaski. Nasza historia jest dowodem na prawdę że sakramenty działają niezależnie od wiary, mają moc obiektywną. Dlatego też jestem wdzięczna, ze otrzymałam w dzieciństwie sakrament chrztu.

Półtora roku po ślubie urodziło się nasze pierwsze dziecko. I właściwie można powiedzieć że wtedy zaczęła się nasza równia pochyła w dół. Nasza córka była dzieckiem które prawie nie spało i praktycznie cały czas płakało. Przez dwa lata. Do tego stopnia że dwukrotnie diagnozowaliśmy ją neurologicznie, a nasi sąsiedzi dawali nam mało subtelne ostrzeżenia bo byli przekonani ze my ją maltretujemy. Byliśmy permanentnie zmęczeni, bez snu, bez odpoczynku od płaczu dziecka plus normalna praca zawodowa. Do tego coraz częściej borykaliśmy się z problemami finansowymi. To ustawiczne zmęczenie i frustracja uwolniły w nas słabości, w które wkroczył zły. Podłoże było przygotowane znakomicie. Mój mąż mówi, że podobnie jak w świecie fizycznym, tak i duchowym, natura nie znosi próżni. Żyliśmy bezbożnie, bez osłony sakramentów, jeśli chodzi o mnie to dodatkowo pootwierałam furtki przez jakieś niby niewinne eksperymenty z magią, jakimś wróżeniem, zaklęciami – takimi „na wszelki wypadek”, często na zasadzie zabawy, niby w nie nie wierzę, ale nie zaszkodzi. Zaszkodziło. Niespostrzeżenie między nas zaczął się wkradać egoizm, nieszczerość, oddalanie się od siebie. Kiedy okazało się że będziemy mieli drugie dziecko, mój mąż oświadczył mi że nie tak sobie wyobrażał życie, że on chciał mieć tylko jedno dziecko, realizować się, można powiedzieć obraził się na świat. Dla mnie to był cios. Chciałam mieć dużą rodzinę. Przede wszystkim jednak czułam się osamotniona i narastał mój żal do męża. Zaczął pod byle pretekstem uciekać z domu, brakowało mi jego wsparcia pod każdym względem. Przyłapywałam go na oszukiwaniu mnie w różnych sprawach i ja też zaczęłam go oszukiwać. Brnęliśmy w coraz gorsze bagno. Pojawiły się zniewolenia, mój mąż zaczął być agresywny, nerwowy. W końcu osiągnęliśmy dno i nie było już czego zbierać. Pojawiło się słowo rozwód.

I tutaj cofnę się trochę wstecz bo to wszystko szło jednym torem, a jednocześnie drugim torem szła inna historia, tylko moja. Kiedy jeszcze nasza najstarsza córka była zupełnie malutka, spotkała mnie najważniejsza rzecz w całym moim życiu. Zupełnie nieoczekiwanie, bez zaproszenia, bez żadnej mojej zasługi – wkroczył w moje życie Bóg. Święty Paweł mówi że gdzie wzmógł się grzech, tam obficiej rozlała się łaska. To mnie spotkało. Przeżyłam Jego dotknięcie tak mocno, że pamiętam to z całą wyrazistością do dzisiaj. Bóg powiedział Ja Jestem. Byłam w szoku, nie miałam żadnych wątpliwości że to co przeżyłam było rzeczywiste. Tak bardzo, że przez wszystkie późniejsze lata, mimo różnych zawirowań, grzechów, ciemności, nigdy nie straciłam wiary. Oczywiście, musiałam z tym coś dalej zrobić, i tak zaczęły się moje poszukiwania, moja kręta droga do poznawania Go i przybliżania się do Niego. To jest opowieść na oddzielne świadectwo, bo nie zaczynałam od poszukiwań w Kościele katolickim, mówiąc krótko była to długa droga i stopniowo nawracałam się. I tak z jednej strony pomalutku wzrastałam duchowo, doświadczałam miłości Bożej, poznawałam naukę Chrystusa, a z drugiej moje małżeństwo brnęło w coraz gorszy kryzys. Zobojętnieliśmy na siebie, ale we mnie gdzieś coś zaczynało pękać. Zaczęłam tęsknić za życiem we dwoje, a nie obok siebie. Za miłością. Byłam w coraz gorszym stanie emocjonalnym. Zaczęło mnie też bardzo boleć że mój mąż jest niewierzący. Pamiętam jak nieraz siedziałam w kościele, patrzyłam na rodziny, małżeństwa które razem uczestniczą w Eucharystii, przystępują do sakramentów, i czułam taki ból że łzy mi płynęły. Zaczęłam się bardzo martwić o to że z powodu postawy ojca nasze dzieci nie będą miały wzorca wiary, że moje wysiłki nie wystarczą. Do tego, co tu dużo mówić, zaczęliśmy im wysyłać sprzeczne komunikaty co do wartości. Mój mąż obiema nogami mocno tkwił w świecie i takimi, niekiedy przeciwnymi chrześcijańskim, wartościami świadczył życiem i mową.

Któregoś dnia moje dwie bliskie, wierzące koleżanki, podarowały mi prezent na urodziny. Była to książka Stormie Ormatian pod tytułem „Moc modlitwy żony”. Przyszedł wieczór, wzięłam ta książkę do ręki…i po kilku stronach miałam ochotę rzucić nią o ścianę. W tej książce autorka opisuje, jak modlitwa za męża  przemieniła jej małżeństwo, które było o krok od rozwodu. A cały pierwszy rozdział mówi o tym, żeby zacząć od siebie. Rozdział kończy się słowami modlitwy „Panie, daj mojemu mężowi nową żonę, i niech będę nią ja”. Kiedy to przeczytałam poczułam bunt. Jak to, to mój mąż jest takim draniem, a to ja mam się zmieniać?!… Ale wracałam do tej książki. Zaczęłam się modlić za męża na wzór podawany przez autorkę. Na początku to było czystą siłą woli, zero chęci, brak wiary że to ma sens. Przez zaciśnięte zęby.  I… zaczęło dziać się coś niesamowitego. Bóg zaczął zmieniać moje serce. Uczył mnie kochać. Wyciągać rękę, codziennie od nowa, nawet jeśli była odtrącana. Zaczęłam się modlić coraz gorliwiej. Dzięki codziennej modlitwie moja relacja z Bogiem zaczęła się pogłębiać, a jednocześnie zaczynałam uczyć się i rozumieć co to znaczy kochać drugiego człowieka. Zaczęłam walczyć o małżeństwo. Do moich obowiązków w pracy należało wówczas codzienne odbieranie poczty z urzędu pocztowego. Obok był kościół z kaplicą adoracji. I nabrałam zwyczaju żeby chociaż na chwilkę tam codziennie wstąpić. Tam wypłakiwałam się Jezusowi z mojego bólu i tęsknoty, i tam prosiłam też do Maryję, by jako kobieta, matka, żona, zrozumiała mnie i wyprosiła u swojego Syna łaskę. Chwilami czułam że już dłużej nie wytrzymam takiego życia, ale modliłam się dalej. Pewnego dnia usłyszałam o Nowennie Pompejańskiej – nazywają ja nowenną nie do odparcia. Zdecydowałam się odmówić ją w intencji nawrócenia mojego męża.

W pewnym momencie zaczęłam zauważać że coś się zmienia między mną a moim mężem. Nie odpychał mnie, zaczął się do mnie odnosić cieplej. Nieudolnie zaczęliśmy łamać lody i odbudowywać nasze małżeństwo. Często się cofaliśmy, upadaliśmy, ale coś się działo. Mój mąż zaczął miłością odpowiadać na miłość. Jednocześnie ku mojemu zdumieniu, zaczął z nami chodzić do kościoła. Na początku nie zawsze, ale coraz częściej. Zaczął mi zadawać pytania o moją wiarę i uważnie słuchał tego co mówiłam. Widziałam ze coś się w nim zmienia. To wszystko trwało w czasie, ale przyspieszało. Czekała nas jeszcze ostateczna walka. Zły widząc że wymykamy mu się z rąk, przypuścił szturm. Uderzył w słabą stronę mojego męża, to znaczy w jego gniew. Uderzał zawsze wtedy kiedy mój mąż podejmował jakieś działania mające go zbliżyć do Boga, np. kiedy postanawiał iść do spowiedzi. W domu mieliśmy skumulowane w czasie kilka bardzo trudnych sytuacji, awarii, problemów zdrowotnych dzieci. To wszystko bardzo łatwo wytrącało go z równowagi i odwracało jego uwagę od Boga, a wręcz nastawiało go nieprzychylnie do wszelkich spraw duchowych. Przede wszystkim jednak uderzało w naszą jedność. Był to bardzo trudny czas dla nas wszystkich. Ale Jezus  nas nie zostawił. Mimo wielkiego lęku nadal się modliłam. I On wkroczył z całą mocą. Zwyciężył. Mój mąż wygrał tą walkę. Został uwolniony.

Jak wygląda nasze życie teraz? Codziennie modlimy się razem, czytamy Pismo Święte, uczestniczymy w Eucharystii, korzystamy z sakramentów. Za wszystko każdego dnia dziękujemy. Od kilku miesięcy jesteśmy w Domowym Kościele. Ale najważniejsze jest to, ze Bóg przemienił  serce mojego męża. Wyjął mu serce z kamienia i dał mu serce z ciała. Z ducha. Mój mąż zmienił swoje życie, tak że wręcz jest to komentowane przez otoczenie, zauważyli to nasi znajomi, jego koledzy z pracy. Zmieniło się jego zachowanie wobec mnie, stał się łagodniejszy, uważny na moje potrzeby. Zmienił się całkowicie jako ojciec. Stara się poświęcać dzieciom swój czas. Zaangażował się w chrześcijański skauting, w którym już wcześniej formowały się nasze starsze dzieci. Co więcej, Bóg otwiera go na życie. Obecnie oczekujemy czwartego dziecka i on mimo ludzkich, męskich obaw o nasz byt, utrzymanie, dziękuje Bogu w modlitwie za dar życia. Uczy się ufać. To jest po prostu przemiana o 180 stopni. Inny człowiek. Bóg dał nam siebie na nowo. Nie tylko uratował, ale nauczył nas jak być małżeństwem. Zrozumieliśmy oboje czym jest miłość. Że to jest rezygnacja z siebie i dar z siebie dla drugiej osoby. Wcześniej my rywalizowaliśmy. Walczyliśmy ze sobą. Święty Paweł mówi „Żony bądźcie poddane mężom”. Dla mnie to był absurd. Jeśli będę mu ulegała, to tym bardziej nie doczekam się szacunku. Wszystko musiałam wyszarpywać. Ale ten cytat ma dalszy ciąg: „Mężowie, miłujcie swoje żony i nie bądźcie dla nich przykrymi”. I to działa. Odkąd przestałam tak walczyć żyję w wolności i jestem całkowicie spokojna. Dlatego, że oddaję nasze małżeństwo Jezusowi. On jest naszym przewodnikiem i uczy nas prawdziwej miłości. Miłości opartej nie tylko na uczuciach, lecz na decyzji, służbie i oddaniu. Czuję się przy swoim mężu bezpieczna, szanowana, mogę mu zaufać że w decyzjach kieruje się moim i dzieci dobrem. I tak jest. Bóg jest w naszym domu na pierwszym miejscu, a to sprawia że cała reszta jest na swoim miejscu. Odkąd powierzamy Mu każdy aspekt naszego życia błogosławi nam i troszczy się o nasze potrzeby, także bytowe. Nasze życie całkowicie się zmieniło. Wcześniej czuliśmy, że nosimy ciężary ponad siły. Teraz żyjemy w nowej rzeczywistości.

Niedawno mój mąż powiedział mi coś co mnie bardzo wzruszyło, że często dziękuje Bogu że mnie postawił na jego drodze. Myślę że piękniejszego wyznania żona nie może usłyszeć. I to wszystko dzięki Jezusowi Chrystusowi. On sam przyszedł i zmienił nasze serca i naszą rzeczywistość, w nieuchwytny, nadprzyrodzony sposób. Zrobił to z czystej miłości. Za darmo. Dał nam siebie poznać i uzdrowił nas. Za Kimś takim człowiek pójdzie w ogień. Ale On prowadzi tylko w ogień Miłości. Dlatego mogę powtórzyć z serca: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawicielu”

(Karolina)